Obserwatorzy

wtorek, 18 marca 2014

Coś słodkiego, coś na obiad i o bajkowym sklepiku:)

Dzisiejszy post to taki całkiem fajny obiad i deser będzie bo nadal siedzę w książkach kucharskich i wciąż eksperymentuję. Będą domowe ciasteczka i zupa z czosnkiem niedźwiedzim będzie, i sałatka z łososiem na drugie danie - jak na porządny obiad przystało:) Co więcej, o przepięknym sklepiku, który odkryłam dosłownie tuż za naszą miedzą, też będzie:)

   Długo szukałam przepisu na ciasteczka, na których odciśnięte wzory pieczątek nie rozpływają się podczas pieczenia. Taki też znalazłam w polecanej już kiedyś u mnie książce tutaj i wszystkie jak dotąd wypróbowane przepisy Sigrid Verbert się udają, a przede wszystkim są szalenie proste:)

Sables a la fleur de sel
 (Sigrit Verbert, Smakowite Prezenty, 2010)
Herbatniki z odrobiną soli
250 g mąki (użyłam orkiszowej)
125 g masła
125 g cukru
10 g cukru waniliowego
1 jajko
pół łyżeczki fleur de sel (użyłam zwykłej soli kuchennej)
Przesiać mąkę, dodać cukier, cukier waniliowy i sól. Dodać zimne masło pokrojone w kosteczkę i delikatnie wyrabiać palcami, aż masło zostanie całkowicie wchłonięte. Przełożyć wszystko do misy, dodać jajko i szybko wyrobić. Uformować z ciasta kulę, zwinąć w folię, włożyć do lodówki na min 1h. Po tym czasie rozwałkować ciasto na min 2 mm na stolnicy obsypanej mąką, wyciąć herbatniki, ew. odcisnąć wzór i przełożyć na blachę wyłożoną papierem do pieczenia. Piec przez ok. 10 min w temp. 160 stopni.
*ja piekłam w 170 stopniach z termoobiegiem ok. 15 min na złoty kolor. Ważne by nie wałkować herbatników zbyt cienko, nie udają się wówczas. 
Spróbujcie, wzór może nieco się zamazać, to zależy jak głęboko została odciśnięta pieczątka.

Niedawno w księgarniach pojawiła się również druga już książka z serii Pyszne 25 Anny Starmach, której przepisy bardzo lubię za ich prostotę i szybkość w wykonaniu. Pierwszą jej książkę praktycznie "przerobiłam" w całości i zachęcona odniesionymi kulinarnymi sukcesami nabyłam również i tą pozycję. Byłam miło zaskoczona kiedy na ostatnich stronach książki znalazłam przepisy dobrze mi znane, min. pierniczki, szyszki z ryżu, ciasteczka z kardamonem i orzechami i wiele, wiele innych:)

Oprócz słodkości, świetne sałatki i dania główne. Szczególnie przypadła nam do gustu ta sałatka z łososiem, w której gorący łosoś świetnie kontrastuje z zimną sałatą i winogronami. A sos jest absolutnie przepyszny! Myślę, że będzie to nasz mały, kulinarny hicior na tegoroczne wakacje:)
Dla chętnych podaję przepis, a zatem:
Sałatka z łososiem 
(Anna Starmach, Pyszne 25, Znak 2014)
2 kawałki filetu z łososia po 150g
250g roszponki (lub innej dowolnie wybranej sałaty)
1 mała kiść ciemnych winogron (schłodziłam)
2 łyżki orzechów włoskich 
50 g sera z niebieską pleśnią
garść kiełków rzodkiewki
oliwa z oliwek (*nie lubię, zastąpiłam olejem rzepakowym)
sól, pieprz
Sos:
sok z połówki cytryny
2 łyżki miodu
6 łyżek oliwy z oliwek
tymianek, sól, pieprz
Orzechy upraż na patelni bez tłuszczu, łososia obsyp odrobiną soli i pieprzu, połóż na patelni skórą do dołu i smaż z odrobiną oliwy przez 3 minuty (*smażyłam na patelni grillowej). Przewróć na drugą stronę i smaż jeszcze minutę. W miseczce wymieszaj wszystkie składniki sosu. Na talerzach rozłóż roszponkę, kiełki, dodaj orzechy, winogrona, łososia, całość polej sosem miodowym i pokruszonym serem pleśniowym.

 
Do sałatki zupa czosnkowa i zdrowy obiad w niespełna pół godziny mamy gotowy:) Przepis na zupę zaczerpnęłam również z w/w książki wzbogacając jej smak dodatkowo suszonym czosnkiem niedźwiedzim, uznanym za jedną z najzdrowszych roślin na świecie, a tak bardzo przez nas zapomnianym. Widywaliśmy go często u nas na południu Polski i nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy jak cenną jest nowalijką, nie przyjmującą sztucznych nawozów i posiadającą silne właściwości, nawet 7x większe od zwykłego czosnku, odtruwające organizm (więcej na ten temat np. tutaj). Pycha!
Post zamykać będzie również przepis na ciasteczka, tym razem orzechowo-kakaowe z jedną jedyną łyżką mąki:) Przepis ten dostałam od mojej serdecznej koleżanki z pracy Aliny, która podarowała mi również cały zeszyt zbieranych przez lata rodzinnych przepisów na ciasta i ciasteczka, myślę, że ma dobre trzydzieści lat. Jestem jej szalenie wdzięczna za to, że zechciała podzielić się tymi przepisami, zresztą wiedziałam, że tak będzie bo to kobieta Anioł jest:) Marzy mi się aby wypróbować je wszystkie,prawdziwe, stare śląskie przepisy, uwielbiam takie:)
A same ciasteczka to ok. 5 min na odmierzanie i mieszanie składników i max 20 min na pieczenie (wychodzą dwie spore blachy, każda pieczemy ok. 10 min).
Buziaczki
20 dag cukru (dałabym ciut mniej bo są bardzo słodkie)
1/2 kostki masła
12,5 dag mielonych orzechów
1 łyżka kakao
1 łyżka miodu
1 łyżka mąki
Wszystko zagniatamy, schładzamy ew. w lodówce na ok. pół godziny (ja się spieszyłam i pominęłam ten etap:), formujemy malutkie kuleczki, lekko spłaszczamy i pieczemy w temp. ok. 170 stopni przez 10 min.
Trzeba zachowywać odstępy między ciasteczkami bo lubią się rozlewać ale poza tym są bardzo, bardzo dobre:)
 
A na sam koniec wielka niespodzianka dla mnie samej, którą muszę się koniecznie podzielić tutaj na blogu. Okazało się bowiem, że dosłownie "za miedzą":), mam koło siebie sklepik, w którym na własne oczy mogę podziwiać ceramikę Ib Laursen czy Green Gate, do której wzdycha niejedna z nas:) Zaglądałam dotychczas do sklepów internetowych po całej Polsce tymczasem "za płotem" na bielonych deskach ślicznego sklepiku piętrzą się pastelowe kubeczki, patery, łyżeczki, fartuszki, emaliowane chlebaki, materiały do szycia Tild i związane z nimi książki, pledy, poduszki, gałki i cała masa cudnej urody dodatków do domu. Zresztą spójrzcie sami:)
 

Kilka dni temu znalazła mnie w sieci dziewczyna, z którą jak się później okazało poznałyśmy się wiele lat temu lecz kontakt nam się urwał, i która prowadzi absolutnie zachwycający sklepik Pretty Home mający swój showroom u siebie na podwórku!
 
  Byłam tam, widziałam, macałam wszystko i nie byłam w stanie spokojnie wyjść:)
  Ten przesiewacz musiałam mieć, zagarnęłam również piękny fartuszek, o którym innym razem bo szykuję się na nadchodzące wielkimi krokami warsztaty w Cieszynie:)
To tyle na dziś, zachęcam serdecznie do upieczenia ciasteczek i odwiedzenia Magdy oraz jej sklepiku PRETTY HOME klik i do następnego!




poniedziałek, 10 marca 2014

Mamo, nudzi mi się!

Paradoksalnie najwięcej czasu mamy dla dzieci kiedy .... chorują :( I to chyba jedyny pozytywny aspekt chorób wszelakich, głównie przyniesionych ze środowiska przedszkolnego, które tuż u progu wiosny systematycznie co roku przechodzi nasz Franek. Tym razem mieliśmy dla siebie pełne dwa tygodnie, które staraliśmy się spędzić w miarę twórczo i atrakcyjnie, oczywiście w domu bo o wyjściu gdziekolwiek nie było mowy :( Zazwyczaj już po paru dniach chorowania Franek odzyskuje siły i zaczyna marudzić z nudów stąd powstało co następuje :) 
 Szalenie proste w swojej formie żaglowce..
 ze skorupek orzechów włoskich, wykałaczek, plasteliny i resztek materiałów powstała cała flota, która dopłynęła nawet do najdalszych zakątków wanny:)
 
A owe żaglowce stworzyliśmy pod wpływem serii filmów edukacyjnych dla dzieci, które myślę są Wam znane, przynajmniej jeden z nich:) Pamiętacie ze swojego dzieciństwa Było sobie życie? Ja do dziś pamiętam żyły pełne chodzących ludzików - czerwonych krwinek z transportem banieczek tlenu na plecach, dłuuuugo wierzyłam w to, że tak właśnie jest w moim organizmie:)
Jeśli chodzi o bajki i filmy dla dzieci to póki co mamy nad tym pełną kontrolę i od zawsze staraliśmy się w domu oglądać bajki, które wniosą coś pozytywnego w świat naszego dziecka, pobudzą go do twórczego myślenia i działania. Zdaję sobie sprawę, że brzmi to zbyt idealistycznie ale w tej kwestii tak właśnie robimy (w innych aspektach wychowawczych ponosimy czasem małe porażki:( Na szczęście nasze dziecko nie jest uzależnione ani od tv ani od gier komputerowych a bajki, które chciałabym Wam polecić naprawdę uwielbia, zresztą my też:)
No więc wspomniane żaglowce to spontan po obejrzeniu serii filmów pt. Byli sobie podróżnicy (wszystkie autorstwa Alberta Barille), traktującej o małych i wielkich odkryciach geograficznych, począwszy od pierwszych żeglarzy, Wikingów i skończywszy na współczesnych nam podróżnikach.
 
Pozostając pod wrażeniem podróżników przemierzających najdalsze zakątki Ziemi oglądamy na Mapach jak mogły wyglądać ich wyprawy. Koło tego albumu przechodziłam wielokrotnie zastanawiając się nad jego zakupem ale po recenzji Izy z Domowego Zakątka nie miałam już wątpliwości. Mapy, autorstwa Aleksandry i Daniela Mizielińskich są nie tylko pięknie wydane ale mają też ciekawe opisy i wyjątkowe rysunki, które zachęcają dzieci do czytania i oglądania.
 
Dowiemy się z nich min tego gdzie na świecie pije się słoną herbatę z mlekiem, gdzie mężczyźni farbują włosy na jaskrawoczerwony kolor :), gdzie znajduje się odcięte od świata i niezbadane dotąd jezioro itd. itp.:) Generalnie naprawdę wyjątkowy album dla dzieci, w którym oprócz podstawowych informacji geograficznych znajdziemy również masę ciekawostek.  
 
Wracając do tematu, dla chłopców (a może i dziewczynek:) interesujących się kosmosem mamy Był sobie kosmos:) I choć Franek patrzy w ekran jak zaczarowany mam przeczucie, że temat jest jeszcze dla niego za trudny. To seria bajek dla nieco starszych dzieci, tak mi się przynajmniej wydaje:)
I moja własna, prywatna retrospekcja w czasy dzieciństwa ale i najulubieńsze jak na razie filmy Franka to rzecz jasna Było sobie życie:), które zaraz po Dzieciach z Bullerbyn zajmują zaszczytne miejsce w naszych  domowych zbiorach dvd:) To takie must have jeśli chodzi o filmy dla dzieci :)
To niewiarygodne w jak przystępny sposób autorowi filmów udało się przedstawić funkcjonowanie organizmu ludzkiego jeśli 6 latek w pełni rozumie zachodzące w nim procesy. Dwa dni temu podczas moich kolejnych eksperymentów kulinarnych (w następnym poście być może więcej na ten temat:) po raz pierwszy w życiu przecięłam pod skosem opuszek palca tak głęboko, że miałam wrażenie, iż doszłam do samej kości. Brudny z mięsa nóż wszedł w palec jak w masło... Wiedziałam, że rana jest głęboka ale nie sądziłam, że będzie krwawić tak długo bo aż dobę ... ale nie o tym rzecz będzie tylko o reakcji Franka na to zdarzenie. Tuż po przecięciu bał się czy nie pojawi się tężec i pocieszał, że mam się nie martwić bo moje białe krwinki na pewno poradzą sobie z zarazkami. W całej tej niewątpliwie zagmatwanej sytuacji z Kalinką przyczepioną do kostek, krwią lejącą się strugą na kuchenny blat i Frankiem wyjaśniającym mi proces reakcji obronnych organizmu, byłam naprawdę pod jego wielkim wrażeniem:) 
 
Zachęcam gorąco do obejrzenia tych serii filmów i choć jedyną wadą jest ich cena na pewno pozostawią w małych główkach dzieci o wiele więcej przydatnych informacji niż niejedna bajka o niczym. Co więcej, do filmów powyżej można dokupić również gry planszowe, posiadamy i polecamy Było sobie życie :)
O ile aktualnie mamy problem ze spokojnym zagraniem od początku do końca choć jednej gry planszowej bo Kalina jak mały odkurzacz jest wszędzie, o tyle w ramach małej reorganizacji naszego rodzinnego czasu ustaliliśmy, że w każdą sobotę wieczorem zrobimy sobie mały seans filmowy z Frankiem. Wygląda to tak, że Franek przygotowuje sam bilety do "kina", sam wybiera bajkę lub film z dostępnych w domu, ja zajmuje się popcornem:), Tata kąpie Kalinkę, usypiamy ją i zasiadamy tylko z Frankiem przed ekranem. Oczywiście są dni kiedy z różnych przyczyn plan nie działa ale mam poczucie, że Frankowi odkąd narodziła się Kalina brakowało tych chwil tylko z nami. Piszę o tym, bo od pewnego czasu szukam pomysłów na usprawnienie rodzinnego życia, a dokładniej na lepsze zarządzanie czasem, który uciekał gdzieś przez palce. Chciałabym napisać kiedyś o tym więcej bo to absolutnie temat rzeka, a wszyscy nasi znajomi, którzy mają dzieci borykają się z problemem braku czasu. Chętnie też poczytam jak to jest u Was, jak radzicie sobie z podziałem obowiązków, wspólnym spędzaniem czasu itd. Do tej pory dzięki Izie z Domowego Zakątka (która na pewno dla wielu z nas jest niedoścignionym wzorem Mamy z niekończącą się energią, głową pełną pomysłów i ogromnymi pokładami cierpliwości), trafiłam na blog Mądra Miłość, który dał mi wiele do myślenia. To blog, gdzie nie ma za dużo psychologicznej teorii (której w dużej mierze nigdy nie rozumiałam:) za to jest wiele praktycznych przykładów jak radzić sobie z codziennymi problemami. To tak bardzo ogólnikowo, polecam się wczytać, mnie Marta wciągnęła, na całego:) Za co jej serdecznie dziękuję bo kilka jej pomysłów w sprawach planowania i przemyślanej organizacji dnia, tygodnia, miesiąca już przetestowałam i zadziałały:)
A teraz coś do poczytania dla dzieci, takich jak Franek, który składa sylaby i jest o krok od  samodzielnego czytania. Czytamy mu bajki od zawsze, przeważnie wieczorem, zaczęliśmy od baśni, później była fascynacja przygodami Franklina, Muminków z Buką, której się naprawdę bał :(, Bolkiem i Lolkiem, Krecikiem czy nawet kontrowersyjnym Koszmarnym Karolkiem. O reszcie bajeczek i opowiadań już nawet nie wspomnę bo nie sposób ich wymienić. Ale do nauki samodzielnego czytania polecam serię książeczek, której tylko niewielką część dziś pokażę. Okazała się bowiem najbardziej skuteczna.
 
Książeczki z serii Czytam sobie, wyd. Egmont, oferują nam trzy poziomowy program nauki czytania dla dzieci. Każdy poziom to rzecz jasna inny stopień trudności, w poziomie nr 1 mamy np. krótkie zdania, ćwiczenia głoskowania i od 150-200 wyrazów w tekście, poziom np. 3 to już od 2500-3000 słów czy alfabetyczny słownik trudnych wyrazów. Przetestowaliśmy na Franku i polecamy z czystym sumieniem:) .
 
 Bardzo motywująco na dziecko działają naklejki i dyplom sukcesu, które znajdują się na ostatnich stronach książeczek - to taka namacalna nagroda za trud poniesiony w składaniu bardzo przecież trudnych liter:)
A i rysować czy malować lubimy kiedy sporo czasu trzeba spędzić w domu. Nie wszystkie jednak dzieci przepadają za rysowaniem, szczególnie chłopcy i powiem trochę przekornie, że im się nie dziwię jeśli owo rysowanie ma się ograniczać jedynie do kolorowania gotowych już kontur rysunku. Może i ćwiczą dzięki temu swoje zdolności manualne ale co poza tym? Osobiście nie lubię zadań typu: pokoloruj obrazek :( Co innego jeśli oprócz bawienia się kolorem trzeba jeszcze trochę pomyśleć i mieć z tego niezłą zabawę! Takie ćwiczenia, którymi jesteśmy ZACHWYCENI oferują książeczki z serii Myślanki, wyd. Ośrodek Twórczej Edukacji Kangur.
Książkę tą Franek dostał od mojej przyjaciółki już ponad rok temu, do dziś do niej wracamy, wykorzystujemy pomysły na nowo i zamawiamy kolejne. Dlaczego są takie dobre? Bo dzięki świetnie opracowanym ćwiczeniom zachęcają do myślenia, bo zamiast "tylko" kolorować czasem musimy coś dolepić, coś wyciąć, zrobić dziurę by zobaczyć swój pokój z innej perspektywy, pomyśleć czym mogą być sofy, łóżka i kanapy w naszym domu (zdjęcie poniżej) i nazwać je, o czym teraz mogą rozmawiać nasze buty w szafie, itd. Te ćwiczenia aż się chce wykonywać razem z dzieckiem i zapewniam, że nie jest to ukryty w poście tzw. product placement :) Te książeczki nie potrzebują marketingowej reklamy:)   
Prace Franka, te mniej i bardziej udane :) zbieram do teczek ku pamięci jego samego i potomnych ale i zawieszamy je sobie na ścinach tworząc małe wystawy, które od czasu do czasu zmieniamy. Ta poniżej jest tylko tymczasowa, planuję jeszcze dokupić kilka ramek w innym kolorze niż białe ale to dopiero po malowaniu ścian, do których zabieramy się już od kilku ładnych lat:)
 Uwielbiam ten rysunek :)
Od czasu do czasu bawimy się różnymi masami plastycznymi, popularnymi plasto - ciasto, piankami, zwykłą plasteliną czy masą solną. Ostatnio ciekawe masy plastyczne miała w swej ofercie Biedronka, powstały poniższe zwierzątka i nasza rodzina z Kalinką z butelką:) Zbieramy te wszystkie manualne wytwory dziecięcej wyobraźni do pudeł, koszyków, segregatorów i powoli już brak na to wszystko miejsca, a Franek dopiero w zerówce...
 
 
Nie przytłaczając już tym przydługawym postem dla wszystkich szukających inspiracji jak fajnie bawić  się z dziećmi w domu, polecam link do strony Moje dzieci kreatywnie, który też został mi zresztą polecony:). Mnóstwo pomysłów do wykorzystania w domu, kiedy być może już brak nam twórczej inicjatywy, a przyznaję szczerze, że są takie dni i wówczas mam wrażenie, że nic mądrego już nie wymyślę. Dobrze, że mamy blogi i wyjątkowych ludzi, którzy chcą dzielić się swoimi pomysłami :) Jeśli znacie linki do podobnej tematyki dzisiejszego posta, będę wdzięczna za podpowiedzi.
Do następnego! Kulinarnie będzie:)
Magda



piątek, 7 marca 2014

Cieszyńskie Spotkania z Rękodziełem

W imieniu organizatorów oraz swoim mam przyjemność zaprosić wszystkich pasjonatów rękodzieła wszelakiego na I edycję warsztatów, które odbędą się 29 marca w Domu Narodowym w Cieszynie. Zapisy już ruszyły!Jestem bardzo podekscytowana tym projektem, gdyż i mnie zaproszono do zaprezentowania mojego przepiśnika o ciasteczkach cieszyńskich:) Będę miała tam swój mały kącik z książkami:)
Do zobaczenia!
Więcej informacji tutaj


BEZPŁATNE POKAZY TECHNIK RĘKODZIELNICZYCH
(godz. 9.00 – 18.00, duża sala Domu Narodowego)
  1. Zabawkarstwo – wypychanki-szyjanki (gratka dla dzieci!),
  2. Zabawki i ozdoby z drewna (gratka dla dzieci!),
  3. Robienie frywolitki na igle,
  4. Scrapbooking,
  5. Mozaika szklana,
  6. Biżuteria z wełny, bawełny i drewna,
  7. Malowanie figurek do gier RPG i elementów stołu bitewnego (gratka dla miłośników gier RPG!),
  8. Wikliniarstwo naturalne,
  9. Filcowanie na sucho – penczing na odzieży,
  10. Ręczne malowanie drewnianych pudełek, skrzynek i szkatułek.
_____________________________________________________________________________________
CENNIK WARSZTATÓW:
(dokładne opisy poszczególnych zajęć będziemy dodawać na bieżąco)
Warsztaty będą odbywać się w trzech blokach w godz.: 9.00 – 12.00, 12.00 – 15.00, 15.00 – 18.00. Pomiędzy poszczególnymi blokami przewidziana jest przerwa ok. 30 min. (w zależności od Prowadzącego).
*   *   *
BLOK 1 (godz. 9.00 – 12.00)
  1. Kurs szycia dla początkujących (torba eko na zakupy) – 4-6 osób, 40 zł od osoby,
  2. Filcowanie na mokro (korale lub inna ozdoba) – warsztaty dla dzieci – 5-10 osób, 30 zł od osoby,
  3. Serwetki koronkowe na drutach (dla zaawansowanych) – 4-9 osób, 45 zł od osoby,
  4. Biżuteria z modeliny (kolczyki, zawieszki lub wisior) – 5-10 osób, 55 zł od osoby,
  5. Wyplatanie spódniczek TU TU (dla młodych mam córeczek) – 5-10 osób, 70 zł od osoby,
  6. Wyplatanie z wikliny (tacka lub mała forma artystyczna – kula), 5-10 osób, 45 zł od osoby,
  7. Malowanie na jedwabiu (apaszka 55/55 cm) – 4-8 osób, 45 zł od osoby,
  8. Bibułkarstwo (palma wielkanocna) – 4-6 osób, 25 zł od osoby,
  9. Haft wstążeczkowy (kartka wiosenna) – 4-8 osób, 35 zł od osoby.
*   *   *
BLOK 2 (godz. 12.00 – 15.00)
  1. Kurs szycia patchworku (podkładka pod garnek) – 4-6 osób, 45 zł od osoby,
  2. Biżuteria witrażowa (wisiory, broszka, kolczyki – do wyboru) – 3-6 osób, 60 zł od osoby,
  3. Drewniane zabawki (zajączki, sówki) – warsztaty dla dzieci – 6-12 osób, 25 zł od osoby,
  4. Quilling (wielkanocna kartka świąteczna) – 5-10 osób, 40 zł od osoby,
  5. Scrapbooking (wielkanocna kartka przestrzenna) – 7-15 osób, 40 zł od osoby,
  6. Szyciowe wypychanki (ptaszki, zajączki) – warsztaty dla dzieci – 6-12 osób, 10 zł od osoby,
  7. Filcowanie na sucho („Drugie życie swetrów” – uczestnicy przynoszą własne swetry do ozdoby) – 4-8 osób, 40 zł od osoby,
  8. Malowanie na jedwabiu (obrazek) – 4-8 osób, 40 zł od osoby,
  9. Haft krzyżykowy liczony (obrazek wielkanocny) – 4-6 osób, 30 zł od osoby.
*   *   *
BLOK 3 (godz. 15.00 – 18.00)
  1. ABC szycia (wiosenne jaśki na taras) – 4-6 osób, 40 zł od osoby,
  2. Filcowanie na mokro (kwiatek lub etui na telefon) – 4-7 osób, 40 zł od osoby,
  3. Papierowa wiklina (koszyk wielkanocny) – 3-5 osób, 25 zł od osoby,
  4. Mozaika szklana (podstawka pod dzbanek i kubki) – 4-10 osób, 40 zł od osoby,
  5. Beeding – biżuteria koralikowa (breloczek do telefonu lub kluczy) – 3-5 osób, 35 zł od osoby,
  6. Ikebana (wielkanocny stroik) – 5-10 osób, 30 zł od osoby,
  7. Technika tkania koralikami (bransoletka) – 5-10 osób, 40 zł od osoby,
  8. Serwetka szydełkiem (z kordonka) – 3-6 osób, 30 zł od osoby,
  9. Haft krzyżykowy na podmalowaniu (obrazek wiosenny) – 4-8 osób, 35 zł od osoby.

piątek, 21 lutego 2014

Pamiętajmy o byfyjach:)

Kiedyś w prawie każdym Śląskim domu, dziś odnajdowany na strychach, piwnicach, przeważnie u dziadków w starych, rodzinnych domach. Często mocno naznaczony duchem czasu, być może zjedzony przez korniki. Zdarza się też, że już dawno porąbany i spalony. Mowa dziś o byfyju, (niektórzy wymawiają bifyj) czyli kuchennym kredensie, o którego często pytacie w mailach odkąd pokazałam nasz, blisko stuletni, odnowiony kredens po babci Tomka kilka lat temu na blogu. Kredensy były różne ale przeważnie białe lub kremowe z wieloma szufladami i szafkami ze szklanymi szybkami, za którymi powciskane były święte obrazki czy czarno-białe fotografie. Mógł pomieścić wszystkie kuchenne naczynia, chleb, lekarstwa, rachunki:) Marek Szołtysek w swojej książce pt. Kuchnia Śląska, Śląskie ABC, 2003 pisze, że "bifyj (...) miał w każdym domu swój wyjątkowy, niepowtarzalny zapach." Piszecie i Wy z nutką nostalgii, że byfyj był kiedyś w Waszych rodzinnych domach ale przy kolejnych remontach coraz bardziej przeszkadzał, nie pasował do nowych wnętrz i siłą rzeczy trzeba go było "eksmitować":( Jestem pewna, że niektórzy z Was, szczególnie tutaj na Śląsku (a może i w innych regionach Polski?) mają w swojej pamięci podobne wspomnienia:) Zdjęcia, które dziś chciałam Wam pokazać przedstawiają jeden z wielu takich uratowanych perełek.
Otrzymałam je wczoraj wieczorem od naszego serdecznego kolegi Piotra (my go zwiemy Pietrkiem:), który nie jest stolarzem z zawodu ale wielkim pasjonatem stolarstwa, samoukiem i absolutnym specjalistą od przywracania nowego życia rzeczonym byfyjom.
Nad tym meblem pracował od maja zeszłego roku w swoim małym warsztacie, wczoraj skończył... Jest dopieszczony w każdym calu, zresztą Piotr jest znany ze swojej dokładności i niejednokrotnie zdarzyło mu się szlifować wszystko od nowa kiedy tylko znalazł jakąś wadę. Wiem o tym, bo sami mamy w domu drewnianą biblioteczkę (pokazywałam ją tutaj), która wyszła spod jego spracowanych rąk. Niedawno też malował nam drzwi do szafy. Jest szalenie dokładny.
Piszę dziś o tym bo po pierwsze: z całego serca podziwiam go za zapał z jakim poświęca swój wolny czas na ratowanie jakby nie było części Śląskiej tradycji (dla mnie nawet kulinarnej bo kuchnia Śląska bez byfyja nie istnieje:) a po drugie to próba odpowiedzi na Wasze pytania: gdzie i jak można taki byfyj nabyć lub odnowić swój, rodzinny stary mebel.
 Podaję zatem namiary na byfyjowo zakręconego Piotra, dla tych którym babcine kredensy są bliskie sercu:)
e-mail: 71piterrr@interia.pl
Ten byfyj, który dziś pokazujemy można również nabyć, o wszelkie dane proszę pytać bezpośrednio samego Mistrza:) na maila powyżej, ja za jego prośbą podaję jedynie podstawowe info:
Wymiary:
172 wysokość
198 szerokość
50/38 głębokość dół/góra
Blat klejonka meblowa drewniana, bejcowana, lakierowana i woskowana
Środek dołu malowany lakierobejcą 
 
Cieszę się, że mamy i znamy takich ludzi, którzy są prawdziwymi rzemieślnikami z ogromną pasją, a cuda wychodzące spod ich rąk mają duszę:) Żaden, nawet najlepszy mebel z luksusowego salonu nigdy nie dorówna takiemu byfyjowi:) 
Piotrze, CHAPEAU BAS!

piątek, 31 stycznia 2014

Lubię go:)

Obiecałam sobie, że tego ciasta nie upiekę już nigdy w życiu. Kilka dni temu, gdybym nie oddała mamie pół blachy zjadłabym wszystko sama. Za każdym razem udawałam sama przed sobą, że tylko mimochodem przechodzę koło blachy i że tym razem to już ostatni kęs:( Skończyło się jak zwykle ... jest po prostu PYSZNE!
To ciasto przypomina nieco klasyczne browni ale z krówkami. Przepis jak orientujecie się po zdjęciach pochodzi z jednej z książek Jamiego Olivera, który i mi zawrócił w głowie:) Ale o tym później, tymczasem polecam przepis bo wg mnie to najlepsze, najszybsze czekoladowe ciasto z lekko półkruchymi, lejącymi się krówkami w środku.
 
Ważne by nie przetrzymywać niepotrzebnie ciasta w piekarniku, nawet o kilka minut gdyż wyjdzie nam po prostu suche, a cały jego urok tkwi w lekko wilgotnym środku. Najlepsze na ciepło z gałką lodów waniliowych. Choć nie jest na pewno przykład zdrowego deseru, na samą myśl o tym smaku, mogłabym go zrobić nawet teraz:)
 SUPERCZEKOLADOWE CIASTO Z KRÓWKAMI
(Jamie Oliver, Każdy może gotować, wyd.Penguin Books 2008)


Składniki
200 g dobrej jakości gorzkiej czekolady (70% kakao)
175 g masła, plus odrobina do natłuszczenia formy
120 g miękkiego brązowego cukru
100 g blanszowanych migdałów
2 łyżki kakao w proszku
szczypta soli
4 duże jajka
150 g mąki pszennej
1 1/4 łyżeczki sody oczyszczonej
100 g krówek (wg mnie trochę za mało, dałabym ok. 150 g)
opcjonalnie: lody waniliowe

Połam czekoladę na kawałki, wrzuć do robota kuchennego wraz z masłem, cukrem, migdałami, łyżką kakao i szczyptą soli, po czym zmiksuj wszystkie składniki, aby uzyskać gładką masę. Wbij kolejno jajka, jedno po drugim i wsyp mąkę. Ponownie miksuj, aż uzyskasz gładką masę.
Formę do pieczenia o wymiarach ok. 25 x 25 cm obficie natłuść i posyp drugą łyżką kakao. Wlej ciasto do formy, połam krówki i posyp nimi ciasto, większe kawałki wciśnij nieco głębiej. Włóż do piekarnika nagrzanego do ok. 170 stopni na 18-20 min. Po tym czasie wyjmij formę, wbij widelec i jeśli na widelcu znajdzie się odrobina płynnego ciasta ciasto jest gotowe.
Odstaw ciasto, aby trochę ostygło i podawaj na ciepło, np. z gałką lodów waniliowych:)
 
Nigdy nie przepadałam z gotowaniem obiadów, pieczenie, szczególnie ciastek to co innego, zawsze to lubiłam i w tej kwestii niewiele się zmieniło. Ale przychodzi taki moment w życiu, u nas nastał wraz z pojawieniem się dzieci na świecie, że gotować codziennie trzeba, rzecz jasna najlepiej zdrowe i urozmaicone posiłki. Wcześniej okres studiów, praca na trzy etaty, życie w stałym niedoczasie powodowały, że jadło się co popadło i zaczęło się doceniać domowe obiady mamy. Pamiętam, jak tuż po naszym ślubie z wielkim namaszczeniem wspólnie ugotowaliśmy sobie fasolkę po bretońsku. Stała w wielkim garze na kuchennym blacie tak długo, aż fasolka puściła pędy! Nigdy nie zapomnę tego widoku:)
Powoli z roku na rok, metodą prób i błędów uczyłam się gotować mniej lub bardziej wyszukane potrawy ale bez entuzjazmu, aż do niedawna, kiedy przez przypadek zobaczyłam w jednym z programów kulinarnych Jamiego Olivera. I przepadałam. Sama Nigella nie wzbudza we mnie takich pozytywnych emocji jak ten ponoć najsłynniejszy kucharz na świecie, o którym głośno już od lat nastu. Ja go dopiero odkrywam. To człowiek, który od najmłodszych lat przez wiele godzin dziennie pracował w pubie u swojego ojca, co jak słusznie zauważa dla współczesnych, leniwych brytyjskich nastolatków byłoby niemożliwe. Znany z mocnych słów krytyki pod adresem Brytyjczyków, którzy codziennie karmią siebie i swoje dzieci śmieciowym jedzeniem, stara się zaszczepić pasję gotowania nawet u ludzi, którzy nigdy w życiu nie włączyli kuchenki. To tak w absolutnym skrócie bo o nim samym można by było pisać w nieskończoność, zresztą chyba wszyscy go znamy już dosyć dobrze:) Oczywiście jak każdy celebryta ma pewnie tyle samo zwolenników co i przeciwników, jego programy i książki to już jeden wielki biznes. Mnie przekonuje jednak jego niesamowity entuzjazm i chęć spełnienia swego rodzaju misji by ludzie zaczęli gotować najpierw w domowym zaciszu, a potem być może wspólnie ze znajomymi. Wierzę, że jest prawdziwy:) I już ostatnie słówko - dlaczego kupiłam tą książkę? Przejrzałam wszystkie dostępne w księgarni, mniej lub bardziej świeże wydania ale ta jedna wydawała mi się najbardziej zbliżona do moich gustów kulinarnych i tego co mam w lodówce. Praktycznie nie ma w niej składników nie do zdobycia w zwykłym supermarkecie, a sporą większość mamy na co dzień w domu. Po drugie te przepisy są bardzo realistyczne:) Do tej pory wszystko co zrobiłam z powyżej książki wyszło genialne, np. ta zupa ziemniaczano - porowa, niby nic wielkiego ale z dodatkiem selera naciowego wyszła boska:) Do tego grzanki i zupa krem na dwa dni gotowa:)



Kiedy potrawy, których dopiero się uczę wychodzą, smakują i chce się do nich powracać, mam ogromny apetyt na więcej. Testowanie nowych przepisów to niejako realizacja mojego noworocznego postanowienia (choć nigdy takowych nie podejmowałam bo ich nigdy nie dotrzymywałam:) Ale tym razem zadziałało:)


"Niniejszym obiecuję, że nauczę się jednego przepisu z każdego rozdziału tej książki" to zdanie widnieje na jednej z pierwszych stron książki Jamiego. Po pierwszym, drugim, kolejnym udanym przepisie, który wylądował na naszym stole, mam ogromną chęć nauczyć się wszystkiego:) I nie tylko z książek Jamiego, mamy sporo wyśmienitych polskich książek kucharskich, nie wspomnę już o naszych śląskich, regionalnych przepisach, które tylko czekają by je wypróbować. Ale piszę to wszystko tylko po to, by zachęcić do podjęcia kulinarnych wyzwań te dziewczyny, które tak jak ja nie są jeszcze master chef'ami w swojej kuchni:) Nigdy nie jest za późno na gotowanie, ja zaczęłam po trzydziestce:)
Dobrej nocy!
ps.1 upieczcie koniecznie czekoladowe ciasto z krówkami:)
ps.2 - pozostając w temacie książek kulinarnych - bardzo często w mailach pojawia się to samo pytanie: gdzie w księgarniach stacjonarnych można nabyć moją książkę, podaję zatem nowe namiary, dziękuję przy okazji za nowe zamówienia i relacje z Waszych wypieków:)
Księgarnie ze ŚWIĘTAMI Z WYPIEKAMI:)
Księgarni Orbita w Rybniku, Rynek 12
Księgarni Sowa w Żorach, ul. Klimka 3
Księgarnia Hocus w Żorach, ul. Moniuszki 3
Herbaciarnia Pani Janiny Jaworudzkiej w Żorach
Księgarnia Ariadna w Strumieniu, ul. Ks.Londzina
Księgarnia w Skoczowie, ul. Stalmacha 2 
Księgarnia Piastowska w Cieszynie, ul. Głęboka 







piątek, 17 stycznia 2014

Co na Dzień Babci i Dziadka?

Zawsze to co potrafią zrobić małe rączki czyli najpierw się obowiązkowo upaćkać:)
a potem ewentualnie przystąpić do prac konkretnych:)
W tym roku Franek od tygodnia pracował nad upominkami dla Babć i Dziadków, a przygotował: Motylka Franka z odbicia swoich dłoni na podobraziu, tułowie wykleił materiałem, a resztę domalował farbkami i mazakami
Mamy cichą nadzieję, że dziadkowie jeśli nie powieszą dzieła na ścianie to przynajmniej ustawią na komódce pośród innych artystycznych wytworów i zdjęć swojego wnuczka tworząc tym samym swoiste ołtarzyki:) Swoją drogą to absolutnie wzruszający widok, zastanawiam się czy jak dożyję i doczekam wnuków też będę robiła sobie takie wystawki...

Dla dziadków mamy koszulki z autorskimi rysunkami Franka. Kupiliśmy mazaki do tkanin i choć trudno rysuje się na takiej cienkiej bawełnie bo materiał się często marszczy pod wpływem nacisku mazaków, Franek miał wielką uciechę podczas pracy. Pamiętać tylko należy aby pod materiał podłożyć np. starą gazetę bo mazaki przebijają na drugą stronę i wyprasować przez np. papier do pieczenia co zabezpieczy rysunek podczas prania. Poniżej na zdjęciu  - Dromader - dla niewtajemniczonych:) Mamy też inne koszulki i lniane torby na zakupy udekorowane Frankowymi malowidłami ale nie zdążyłam już zrobić zdjęć.


A dziś w przedszkolu Franek i jego grupa wystawili cudną sztukę dla zaproszonych babć i dziadków, był to bardzo emocjonujący dzień bo i rola Gawronka bardzo odpowiedzialna, do której praktycznie wszyscy przygotowywaliśmy się od ponad dwóch tygodni:) Z roku na rok coraz bardziej przeżywam wszystkie występy swojego dziecka i nie mogę się nadziwić jak ono się zmienia. Jeszcze rok temu jako pięciolatek nie lubił rysować, malować, szlaczków i innych manualnych zajęć. Na występach generalnie się nudził! Jak patrzę na filmy z ubiegłego roku nie wierzę, że to ten sam chłopczyk. Dziś maluje prawie codziennie i nie pamiętam abym go do tego zachęcała, praktycznie co chwilę dostajemy jakiś prezent-rysunek od niego - przeważnie to jakieś "techniczne" konstrukcje maszyn czy samolotów. Bierze udział z przedstawieniach, zawodach sportowych, fajnie się bawi w grupie, zadaje mnóstwo pytań, chętnie się uczy... zmienił się bardzo, a ja tak bardzo się o niego martwiłam.... Choć nadal ma swoje za uszami i są takie dni, że najchętniej schowałabym głowę w piasek to jest to inne dziecko niż rok temu, bardzo duża w tym zasługa jego cudnej Pani w przedszkolu:)
 No i nie byłabym sobą gdybym nie upiekła ciasteczek, tym razem na okoliczność Dnia Babci i Dziadka rzecz jasna:) Zdrowe, chrupiące ciasteczka owsiane, wg przepisu Anny Starmach, dla zainteresowanych  błyskawiczny przepis, trochę zmodyfikowany przeze mnie:
Ciasteczka owsiane z orzechami i rodzynkami
100 g mąki
50 g płatków owsianych
100 g mielonych orzechów laskowych lub włoskich
100 g brązowego cukru
110 g masła
50 g rodzynek
1 jajko
1 łyżeczka cukru waniliowego
1 łyżeczka proszku do pieczenia

W garnuszku rozpuść masło, osobno jajko rozbełtaj widelcem. W misce wymieszaj wszystkie suche składniki, dodaj roztopione masło i jajko, wymieszaj, na sam koniec dodaj rodzynki. Na blaszkę wyłóż papier do pieczenia i małą łyżeczką kładź porcje ciasta i lekko spłaszcz. Można też formować ręcznie małe kuleczki i spłaszczyć. Piec w temp. ok. 180 stopni max. 15 min. (ja piekłam ok. 10 min. w termoobiegu).
Ciasteczka są pyszne ale bardzo kruche, z blaszki zdejmujemy po ostudzeniu. Przechowujemy w puszcze do tygodnia.

Jesteśmy szczęściarzami, że nasze dzieci mają jeszcze babcie i dziadków, że zawsze możemy na nich liczyć, że mimo iż pozostają nadal bardzo aktywni zawodowo mają dla nas czas i nasze relacje są po prostu dobre. Bardzo się cieszymy na nadchodzący weekend z dziadkami, tym bardziej że jutro Babcia piecze pączki!
Pozdrowienia dla Was i udanych spotkań wielopokoleniowych życzę:)