Obserwatorzy

czwartek, 29 listopada 2012

Sesja do Wnętrze i Ogród, ja w prasie i regał:)

Ponad pół roku temu zostaliśmy zaproszeni do wzięcia udziału w sesji fotograficznej do pisma Wnętrze i Ogród jednak ciągle coś stawało nam na przeszkodzie by się spotkać. W końcu we wrześniu mieliśmy prawdziwą przyjemność udostępnić nasze wnętrza fotografowi Arturowi Krupie, którego kadry możemy oglądać w aktualnym grudniowym wydaniu magazynu 6(33)2012 w dziale Wnętrze z wizytąTutaj czas płynie wolniej. Połączenie rustykalnej prostoty i ludowej tradycji z dala od pędu wielkiego miasta. - serdecznie zapraszam i dziękuję całej Redakcji, szczególnie pani Dominice Wiewiórskiej - redaktor prowadzącej za przemiłą i profesjonalną współpracę nad tym materiałem. I wiem, że zabrzmi to dalece nieskromnie ale sesja jest przepiękna mimo, że nie przygotowywaliśmy się do niej wcale (zdążyłam upiec tylko ciasto dyniowe:)
W takich momentach jak ten dzisiaj czy dwa miesiące temu kiedy opublikowano zdjęcia na łamach Werandy Country zawsze nachodzi mnie jedna refleksja, że nie ma sensu ślepo podążać za wnętrzarskimi trendami tylko po to by być modnym i zgodnym z aktualnie panującym designem bo on jak każda moda po prostu minie. Ważne jest to by stworzyć taki klimat we własnym wnętrzu by mimo upływu lat wciąż czuć się w nim dobrze, a ewentualne zmiany nie powodowały drastycznego obciążenia naszych portfeli. Kiedy kilka lat temu planowałam nasze cztery kąty do głowy by mi nie przyszło by kierować się modą, przypodobać się innym a tym bardziej zabiegać o sesje, o których szczerze mówiąc nawet bym nie śmiała marzyć. Wiedziałam tylko jedno, że nasz dom musi być ponadczasowy bo nie stać nas zapewne będzie na częstą wymianę wyposażenia czy stylu wnętrza. I tak się stało, jednym styl rustykalny, prosty, z elementami drewna, kamienia, wikliny itd. szybko się znudzi i będą poszukiwać czegoś bardziej modern, dla nas to styl, w którym się wychowaliśmy i nie wyobrażamy sobie by być pod ciągłą presją zmian, nie mamy na to czasu w codziennym życiu po prostu. Są dzieci, praca, ogródek, codzienne troski - o ile mogę sobie przemalować jedną czy dwie szafki, uszyć pościel, zrobić wianek o tyle nie mam już potrzeby by wejść w posiadanie skórzanej kanapy za parę tysięcy złotych. Tym bardziej zadziwia mnie fakt i jednocześnie cieszy, że wciąż proponowane nam są sesje zdjęciowe choć tak dalece odbiegamy od panujących trendów. Kończąc ten przydługawy monolog - dobrze jest czuć się u siebie po prostu DOBRZE:)
 A panu Arturowi dziękuję stokroć szczególnie gdyż by do nas dojechać nadłożył dziesiątki dodatkowych km bo GPS zaprowadził go do miejscowości o takiej samej nazwie jak nasza tyle, że na drugim końcu  Polski:)
Tak się jeszcze jakoś zbiegło, że w tym samym czasie co w/w sesja ukazała się także wzmianka o moim skromnym blogu w Numerze Specjalnym Mojego Mieszkania traktującego o dekoracjach świątecznych. Mam przyjemność widnieć w dziale Blogowisko obok moich blogowych koleżanek, min. Asi z Green Canoe, Ity,  czy Ushii. To dla mnie kolejne zaskoczenie, bo moja aktywność blogowa czy umiejętności fotograficzne są dosyć ograniczone i nie sądziłam, że będą na tyle ciekawe by móc je pokazywać szerzej, a jednak może ktoś skorzysta:) 

Pozostając w temacie wnętrzarskim - w końcu dorobiliśmy się prostej, drewnianej biblioteczki, która szczelnie wypełniła kąt w tzw. małym holu pomiędzy dwiema łazienkami. Ta część domu była do tej pory niewykorzystana, a dosyć pojemna bo do regału weszła nam większość książek i albumów na zdjęcia. Półkę posiadamy dzięki uprzejmości naszego serdecznego kolegi Piotra, który stolarzem nie jest ale stolarką się pasjonuje co udowodnił pieszcząc i dopracowując każdy szczegół regału przez wiele tygodni. Wszystkie drewniane elementy wykonał zupełnie sam, nie ma w regale tzw. gotowców z marketów budowlanych, to regał z duszą, taki jak chciałam i taki jak sobie wymarzyłam:) Piotrze -dziękujemy!
Do tej części domu dociera jedynie niewiele światła z salonu stąd fotki dosyć ciemne.


 
Chwaląc się jeszcze nie sposób nie wspomnieć o mojej wygranej w ostatnim Candy u Scraperki, której serdecznie dziękuję za piękną przesyłkę! W Candy biorę bardzo rzadko udział, z prostej przyczyny - braku czasu nawet na odwiedzenie Waszych blogów i nie dosyć, że do Candy zgłosiłam się na ostatni moment, wpisałam się nie w tym poście co trzeba to jeszcze go - WYGRAŁAM! Bardzo się cieszę, bo cukierasy są przednie!
To tyle nowinek na dziś, uciekam do codziennych zajęć a pogodę za oknem mamy cudną, aż trudno uwierzyć, że żegnamy już listopad!
Uściski!!!!

piątek, 16 listopada 2012

Świąteczne planowanie

Zaczęłam jak nigdy wyjątkowo wcześnie bo nadchodzące Święta mają być wyjątkowe, czy tak będzie - zobaczymy za kilka dni....I choć niniejszy post jest typowo o tematyce świątecznej moje myśli są już zupełnie gdzie indziej.  Tymczasem to co widać poniżej to efekt mojej dosyć długiej pracy nad bożonarodzeniowymi tekstyliami, które zaplanowałam sobie sama wyhaftować i uszyć, to bardzo czasochłonne zajęcie a w grudniu już na to na pewno nie będzie czasu.
Pierwsza fotka to wąski obrus na duży stół z motywem skopiowanym z książki, którą kiedyś polecałam i wciąż pozostaję nad nią w wielkim zachwycie:) Jest tam taki ogrom prostych, skandynawskich motywów do skopiowania, że ręce aż same rwą się do pracy, tylko czas, czas, czas!
Powstały także małe serduszka do wianka, który wisi na jednej ze ścian w salonie
Później uszyłam kilka większych i mniejszych poduszek do salonu - nad tą poniżej spędziłam chyba najwięcej czasu - sam haft nie stanowił problemu ale ambitnie ubzdurałam sobie, że uszyję też troczki z boku, no i uszyłam ale zajęło mi to 4h, wiem, że to nienormalne aby nad czterema sznurkami tyle siedzieć ale najpierw je zszyłam po lewej stronie a później wywijałam na zewnątrz i to był - KOSZMAR!:(
Po raz pierwszy w życiu spróbowałam też naszyć aplikację - jak dla mnie to dosyć trudne, wymaga wprawnej ręki. To fragment dużej poduszki.
Za niedługo zaczynamy Adwent, moja tegoroczna wersja świec adwentowych to alternatywa dla standardowych wieńców adwentowych.
 
Moje kulinarne świąteczne poczynania w tym roku też będą mocno okrojone ale z pierników nie zrezygnuję:) W aktualnym wydaniu Sielskiego Życia natknęłam się na wg. mnie dobry przepis na pierniczki i nie tylko, na pewno skuszę się i go wypróbuję. Jeśli szukacie rustykalnych świątecznych inspiracji - polecam.
A na zakończenie chciałam się podzielić wg. mnie rewelacyjnym przepisem na lekko cytrynowe ciasteczka dosłownie rozpływające się w ustach (tak rzeczywiście brzmi ich oryginalna nazwa Melting moments:). Przepis z "Smakowite Prezenty" od znanej już Wam Sigrid Verbert - po raz kolejny przekonałam się, że jej przepisy są absolutnie rewelacyjne i każdy ale to każdy się udaje. Herbatniki są przekładane masą ale same w sobie bez masy są równie pyszne, szczególnie dla dzieci, nasz Franek je pochłonął :)
Melting moments
210g mąki
200g masła
60g cukru pudru
40g skrobi kukurydzianej
1 łyżeczka olejku waniliowego
starta skórka z cytryny 
szczypta soli
Składniki na masę:
150g cukru pudru
45g masła
2 łyżki soku z cytryny
Utrzeć masło z cukrem i solą na jasną puszystą masę. Dodać startą skórkę z cytryny, mąkę i skrobię kukurydzianą. Dobrze wymieszać i zrobić kuleczki wielkości orzecha włoskiego, ułożyć na blasze i spłaszczyć widelcem. Piec w temp. 170 stopni przez ok. 10-15 min. 
Na nadzienie utrzeć cukier z miękkim masłem dodając powoli sok z cytryny. Ucierać tak długo aż powstanie krem o konsystencji śmietany. Przełożyć herbatniki kremem i przechowywać w lodówce.
Masy wychodzi trochę za dużo jeśli zrobimy ciasteczka wielkości orzecha włoskiego - ja zrobiłam mniejsze, wyszło ich o wiele więcej i masa została całkowicie wykorzystana.

A to już typowo jesienne ciasto, korzenne i tylko na mące żytniej:) Nie spodziewałam się, że z żytniej mąki wyjdzie tak puszyste i pyszne ciasto, piekłam już kilka razy bo kombinacja cynamonu, kardamonu i daktyli to prawdziwa rozpusta w ustach:) Przepis od Dorotki - tutaj
Tymi słodkościami żegnam się na jakiś czas, mam nadzieję, że wrócę tylko z dobrą nowiną....Dziewczyny - dziękuję za maile i telefony, dam znać:)
Do następnego!

wtorek, 16 października 2012

O jadalnych prezentach

"To jak narkotyk. Im więcej wypiekasz ciasteczek, tym bardziej wydłużasz listę osób, którym chcesz je podarować (...)"

Sigrid Verbert, Smakowite Prezenty 2012
 
Z tym wpisem miałam wstrzymać się do bardziej realnego okresu przedświątecznego ale obserwując ilość przepisów na ciasteczka bożonarodzeniowe kopiowanych z bloga każdego dnia domyślam się, że zapotrzebowanie na wypróbowane, dobre przepisy na drobne domowe ciasteczka jest ogromne:) Poza tym w grudniu na pewno będę na jakiś czas poza zasięgiem blogowego życia a z tematem dzisiejszego posta nie można czekać:)
Wszystkim tym, którzy są uzależnieni od pieczenia ciasteczek albo chcieli by spróbować swoich sił w tym nader pasjonującym zajęciu i uczynić jeszcze z tego miłą formę prezentu polecam dziś dwie pozycje, które zauroczyły mnie przede wszystkim cudnymi zdjęciami - przyznam się, że to jest główna przyczyna dla której przeważnie kupuję książki kucharskie.
Na fotce poniżej "Dekorowanie ciast, ciasteczek i tortów" Annie Rigg, photos by Kate Whitaker - zyskała światowe uznanie za swoje fotografie potraw, które pojawiły się w wielu publikacjach na całym świecie a są to naprawdę urzekające kadry:)
  
 
 Pozycję tą zakupiłam dosyć drogo w Empiku aby zaledwie kilka dni później natknąć się na nią za całe 9zł w jednym z hipermarketów, stąd zachęcam aby najpierw tam zajrzeć. W tej niedużej książce znajdziemy wiele cennych porad odnośnie przygotowania własnych lukrów, kremów, podstawowych bazowych przepisów na masy, glazury czekoladowe, pierniczki i wiele wiele innych. Niedawno na prośbę Franka o czekoladowe ciasteczka wypróbowałam jeden z przepisów, którym z chęcią się dzielę bo ciasteczka pyszne w smaku i dłuuuuuugo świeże! Poza tym ciasto można przygotować o wiele wcześniej a później już tylko upiec i udekorować.
Czarno-białe ciasteczka
(przepis z "Dekorowanie ciast, ciasteczek i tortów" by Annie Rigg)
175 g mąki
50g kakao 
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia
1/2 łyżeczki sody
szczypta soli
125g miękkiego masła
225g cukru pudru
1 ubite jajko
1 łyżeczka ekstraktu waniliowego

Do dekoracji:
1 porcja glazury czekoladowej
100g posiekanej białej czekolady

Glazura czekoladowa
 300g posiekanej ciemnej czekolady
2 łyżeczki oleju słonecznikowego
Czekoladę i olej umieść z żaroodpornej misce i rozpuść w kąpieli wodnej. Mieszaj aż składniki się rozpuszczą i odstaw na chwilę do ostudzenia.

Mąkę, kakao, proszek do pieczenia, sodę i sól przesiej do mąki.
Ucieraj mikserem masło i cukier, aż otrzymasz lekki krem. Dodaj ubite jajko i wanilię, wymieszaj. Wsyp przesiane suche składniki i znów wymieszaj. Delikatnie i szybko zagnieć ciasto, uformuj płaski dysk, zawiń w folię i włóż do lodówki na kilka godzin aż stwardnieje.*

Rozgrzej piekarnik do 180 stopni.  Oprósz stolnicę mąką, rozwałkuj ciasto na grubość ok. 3mm i wycinaj wybrane kształty. * Piecz na środkowej półce ok. 12-15 min lub do czasu aż będą chrupkie. Odstaw na kratkę do ostudzenia.
Aby udekorować ciasteczka rozpuść białą czekoladę w kąpieli wodnej. Za pomocą łyżeczki nalej na każde ciasteczko najpierw glazurę z ciemnej czekolady a następnie kilka kropel (np za pomocą szprycy lub zwykłej małej łyżeczki) białej czekolady. Czubkiem drewnianego patyczka rozsmaruj białą czekoladę tak by powstały efektowne wzory Pozostaw do ostygnięcia.
Jeśli lubicie samo dekorowanie ciasteczek to zaręczam, że ta forma z biało ciemnymi esami floresami zrobi niesamowite wrażenie na Waszych gościach lub będzie wyjątkowym podarkiem dla bliskich, w którym widać włożone serce i pracę:)
*moje ciasto było dosyć lepkie ale dobrze stwardniało po 3h w lodówce.
 *W oryginale są to kółka różnej wielkości i tak powinno wg mnie zostać gdyż ciastka w trakcie pieczenia nieco się rozlewają przez co moje kształty z foremek, które użyłam straciły na swojej formie.

 
 Drugą pozycję kulinarną, którą polecam z czystym sumieniem zobaczyłam zaledwie kilka dni temu na blogu Trufli i wiedziałam, że już przepadałam! Kupiłam ją tak jak wspominałam najpierw dla zdjęć, ale gdy zaczęłam czytać przepisy wiedziałam już, że to jedna z najlepszych książek o ciasteczkach jakie kiedykolwiek miałam w rękach. Spodziewałam się, że ze względu na to, iż sama autorka jest belgijką przepisy będą odzwierciedlały kulinarne tradycje Belgów i o oryginalne składniki będzie trudno. Jednakże nie ma w niej nic z wymyślatych produktów, niedostępnych w Polsce albo dostępnych ale kosztownych. Są proste składniki, czasem tylko masło, mąka i cukier ale za to przepięknie podane z naciskiem na bycie słodkimi prezentami dla naszych znajomych. Książka przepięknie wydana, przejrzysta i propagująca to pod czym ja sama się podpisuję obiema rękami:
"Przygotowanie kulinarnych prezentów i obdarowywanie nimi jest równoznaczne z podarowaniem sobie samemu chwil relaksu, w której uspokajamy nasz umysł, wykonując proste czynności (...). Warto poświęcić swój czas, bo podarunki te będą niczym skromne tekturowe pudełeczko sprzed lat, przywołujące wspomnienia. (Nie słyszałam nigdy, żeby ktoś po latach dziękował za bombonierkę ze sklepu)."
(cytat z "Smakowite Prezenty, Sigrid Verbert, wyd. JEDNOŚĆ 2012)
 
Zaczęłam od pieczenia ciastek, którymi po raz pierwszy zajadaliśmy się z Tomkiem ponad 10 lat temu przebywając przez dłuższy czas w Szkocji, a ich maślany słodko-słony smak pamiętamy do dziś bo to chyba jedyne ciastka na świecie o tak wysokiej zawartości masła, czyli SHORTBREAD.
To jeden z tych przepisów, w których potrzebujemy 3 podstawowych składników, świetnie się zagniata tworząc zwartą plastyczną masę  - na tym etapie możemy zachęcić dzieci do pomocy, szczegóły poniżej:)
SHORTBREAD
(źródło - "Smakowite Prezenty" by Sigrid Verbert)
 350g mąki
210g masła
 140g cukru
2 łyżki mleka
pół łyżeczki soli 
Wymieszać cukier z mąką i solą i przełożyć wszystko na stolnicę Dodać miękkie masło i wyrobić delikatnie palcami. Dodać 2 łyżki mleka by ciasto się nie kruszyło za bardzo.
Włożyć na 2h do lodówki. Rozwałkować na mniej niż 1 cm i wykrawać kwadraty. Przełożyć na blachę z papierem do pieczenia i nakłuć widelcem. Piec w temp. 160 stopni przez około 30 min aż będą złociste.
Przepisów w tych dwóch pozycjach jest taki ogrom, że każdy na pewno znajdzie coś dla siebie. Takie nasze domowe wypieki możemy fajnie zapakować wedle upodobań, jeśli mamy czas robimy swoje pudełka, szyjemy np. świąteczne woreczki, rożki itd. Ja niedawno zakupiłam gotowe pudełka na ciastka, muffinki i duże ciasta w Tchibo ale w okresie bożonarodzeniowym chciałabym jednak sama coś jeszcze uszyć te poniżej są awaryjne, gotowe w razie nagłych wyjść do naszych znajomych:)


Mam już tak, że latem, kiedy robię przetwory z owoców sezonowych zawsze jakąś część przeznaczam na prezenty głównie z myślą o Bożym Narodzeniu. Są to prezenty rzecz jasna jadalne, które cieszą się zawsze powodzeniem. Zauważyłam też pewną prawidłowość, że prędzej czy później osoby obdarowywane własnoręcznie zrobionymi prezentami same takowe podarki zaczynają robić i ich to naprawdę wciąga:) Wiele już takich ciasteczek, dżemów, nalewek, miodu wróciło już do nas przy wielu okazjach:)
Kiedy trwał  u nas jeszcze sezon porzeczkowy zrobiłam kilka butelek nalewki porzeczkowej z wanilią z tego przepisu. Polecam recepturę, może przyda się na przyszły rok:)

To tyle na dziś, mam nadzieję, na jeszcze jeden wpis, potem nastąpi przerwa w prowadzeniu bloga.
Dziękuję Dziewczyny za Wasze komentarze, ciepłe telefony i maile:)
Do następnego i zachęcam Was bardzo, bardzo, bardzo do eksperymentowania z ciasteczkami! Choćby dla zapachu unoszącego się w kuchni, maślanych oczu własnego dziecka i nie tylko dziecka:) kiedy zajada się chrupiącymi ciasteczkami i własnej satysfakcji, że robimy coś dobrego:)
Buziaki!


wtorek, 9 października 2012

Jesienią szyje się więcej

Kiedy zimniej za oknem a dni stają się coraz krótsze zaczynam szyć. Czynność samego haftowania (gorzej z szyciem na maszynie...) bardzo mnie uspakaja, pozwala pozbierać myśli, zdystansować się na ile to możliwe wobec problemów, a uzyskany szybki efekt końcowy jest nader motywujący do dalszego działania:) 
Szyciowych zaległości mam sporo, zaczęłam od tych najbardziej pilnych - potrzebna mi była poszewka na jasiek, ta poniżej z motywem z jednej z książek, które kiedyś polecałam tutaj. Wpasowała się do kompletu pościeli  z czystej białej bawełny z maleńkim motywem tulipana w kolorze czerwonym.


Co roku kiedy zaczynamy sezon grzewczy większość ciepła z grzejników kumulowała nam się za długimi lnianymi zasłonami. Na ten okres potrzeba czegoś krótszego - powstały zatem krótkie zasłonki w drobne kropeczki nad którymi przyznam się szczerze nieźle się umęczyłam. Wyglądają na dziecinnie proste ale dla mnie, która nie ma większego doświadczenia w szyciu idealne wymierzenie wszystkich 18 szlufek było nieco męczące. Ale udało się:)


 
Komplet pościeli dla pewnej małej dziewczynki:)
  
Na połowę poduszki i poszewki na kołdrę wykorzystałam starą bawełnianą poszewkę z gotowymi już guzikami:)
 
Haft na poduszce
 
i na poszewce na kołdrę
 
a z resztek materiału uszyłam mały kwiatuszek na dekorację z sercem

 I ostatnia zaległa fotka z worka do stroju na gimnastykę dla Franka, którą uszyłam jeszcze gdzieś pod koniec sierpnia. Wszystkie ubranka, kredki, pisaki, piórnik, farbki, gumki i masę innych jakże niezbędnych w przedszkolu akcesoriów musieliśmy podpisywać pełnym imieniem i nazwiskiem, czy u Was Mam przedszkolaków też są takie wymagania? Rzeczy z materiału zatem podpisywałam drukując jego dane na specjalnym papierze do naprasowanek. Wycinanie literek zajęło mi o wiele więcej czasu niż uszycie całego worka z aplikacjami z filcu:(
To tyle na dziś, do następnego a będzie o kolejnej wnętrzarskiej przygodzie w naszym domu:)
Pozdrowienia ciepłe jesienne ślę!